Xindu, 18 lipca, 1999Niedziela |
|
23:15 Dzisiaj Hoeteck I ja pojechaliśmy na jakąś górę. Na tej górze jest cała masa świątyń taoistycznych. Poza tym jest kolejka linowa więc całe miejsce stało się jedną z lokalnych atrakcji turystycznych. I to dla miejscowych, nie tylko dla obcokrajowców. Nie-azjatów widziałem tam tylko dwóch (oprócz mnie). Jak tam dojechaliśmy? Zbuntowaliśmy się przeciwko naszemu kierowcy. On postanowił, że dzisiaj pojedziemy do Chengdu a Chengdu Hoeteck I ja zaliczyliśmy już wczoraj. Gdy samochód zatrzymał się przed naszym blokiem, w środku oprócz kierowcy siedziała jakaś kobieta z dzieckiem, pewnie żona. Widać kierowca postanowił zrobić sobie wypad rodzinny a przy okazji podrzucić nas do miasta. Gdy Hoeteck się go spytał, czy możemy jechać na tą górę, kierowca natychmiast odparł, że nic z tego bo to za daleko. Hoeteck próbował go jeszcze przez chwilę przekonywać a gdy to nie przyniosło skutku, powiedział kierowcy wprost, że dyrekcja szkoły obiecała nam samochód, który będzie do naszej dyspozycji przez cały weekend oraz że to my mamy wybierać dokąd jedziemy. Dodał jeszcze, że dzień wcześniej pojechaliśmy do Chengdu bez niego. To jakoś poskutkowało. Kobietę I dziecko wysadził na przystanku autobusowym a nas powiózł na górę. Na szczyt nie doszliśmy bo nie bardzo mieliśmy na to czas. Zamiast tego, popróbowaliśmy miejscowych potraw, których serwowano całe mnóstwo w przydrożnych altankach oraz w świątyniach. Wczoraj nasze zwiedzanie Chengdu również obracało się wokół jedzenia. Hoeteck narzucił ten styl a ja nie protestuję bo dużo się przy tym uczę. |
