Ta strona jest osiagalna po polsku
Google
 

Xindu, 17 lipca, 1999

Sobota

11:45

In the lab

Kilka dni póżniej na obiad poszliśmy razem z dwójką naszych uczniów, Yi Tao i Zhuang Yang (w środku, po lewej Hoeteck, po prawej Xian Xiang), do bardzo ładnej i dobrej restauracji w tej "lepszej" części Xindu.

Mam wyrzuty sumienia: okazuje się, że mój opis Xindu wymaga sprostowania. Okazało się bowiem, że chociaż okolice naszej szkoły są szare, brudne I bez uroku, to już kilka przecznic dalej można znaleźć jasne, urocze, tętniące wesołym życiem ulice. Wczoraj kilku studentów zabrało nas na lunch. Zabrali nas w kierunku, w którym nigdy dotąd nie chodziliśmy bo ulica tam wyglądała szczególnie szaro. Okazało się, że trzeba tą szczególnie szarą ulicą pójść zaledwie kilkaset metrów I skręcić w lewo a wnet człowiek znajdzie się ładnej I względnie cichej części Xindu. W Xindu jest też olbrzymi park, którego ciągle jeszcze nie odwiedziliśmy.

Na dzisiaj I na jutro mieliśmy mieć do dyspozycji samochód z kierowcą. Wydawało nam się, że po pierwsze, samochód będziemy mieli na cały dzień a po drugie, że to my będziemy wybierać dokąd jedziemy. O 8:30 wsiedliśmy do mikrobusu (lub raczej: nanobusu, tak był malutki), który na autostradzie osiągał zawrotną prędkość 45-50 km/h I pojechaliśmy w dal. Po niecałej godzinie zostaliśmy dowiezieni do muzeum archeologicznego (bardzo ciekawego, swoją drogą). Ja I Hoeteck poszliśmy zwiedzać (Xian Xinag nie było bo pojechała na dzień do znajomych) a kierowca został. Muszę dodać tutaj, że przez cały ten czas nie zapytał nas dokąd chcemy jechać. Cały czas myśleliśmy, że jedziemy do Chengdu, bo tak sie umówiliśmy z dyrektorem Chen. Po godzinie zwiedzania wyszliśmy z muzeum, znaleźliśmy naszego kierowce I wtedy okazało się, że wracamy do Xindu. Koniec zwiedzania na dzisiaj. A czemu nie jedziemy do Chengdu? Bo po południe bedzę zbyt gorące. Ale my chcemy jechać do Chengdu! Trzeba jechać do Xindu. Tak mniej więcej wyglądała rozmowa z kierowcą. A gdy nas dowiózł pod dom to powiedział, że jutro nas zawiezie do Chengdu. Troche się boję, że zawiezie nas, a po godzinie każe wsiadać spowrotem do samochodu. Namawiam więc Hoetecka (dziwnie mi odmieniać jego imię, ale inaczej przecież nie można), żebyśmy się dzisiaj sami jeszcze wybrali do Chengdu autobusem. Za chwilę pójdziemy szukać nauczyciela Li bo około południa często bywa w stołówce. Spytamy się go, czy można z Chengdu wrócić taksówką bo autobusy przestają jeździć około 6-tej.

 

22:20

Okazało się, że można wrócić z Chengdu taksówka za jakieś 50-60 yuanów (czyli 25-30 zł). Skoro tak, to zdecydowaliśmy się z Hoeteckiem do Chengdu pojechać samodzielnie autobusem. Wygląda na to, że autobusy kursujące między Xindu a Chengdu (a przynajmniej duża ich część) to własnoiść prywatna, więc drużyny z poszczególnych autobusów bardzo zabiegają o pasażerów I starają się ich przekonać, aby jechali tym autobusem a nie innym. Gdy opisuje się rywalizacje pomiędzy firmami, często używa się zwrotów takich jak „walczyć między sobą” czy „wyrywać sobie klientów z rak”. Tutaj, okazuje się, wyrażenia te nie są metaforą. Podeszliśmy z Hoeteckiem do autobusu, który stał niedaleko naszej szkoły czekając na pasażerów. Z autobusu wybiegł nam na spotkanie naganiacz, żeby się uprzejmie spytać, czy jedziemy do Chengdu. Potaknęliśmy I upewniliśmy się, że opłata za przejazd to tylko 2.80 yuanów. W tym momencie za naszym autobusem z piskiem opon zaparkował inny autobus. Natychmiast otoczyło nas kilku facetów. Nagle poczułem, że ktoś chwyta mnie za ręce I zaczyna ciągnąć. Ktoś w jedną stronę a ktoś w przeciwną. Dość brutalnie wyszarpnąłem się im I dość szorstko powiedziałem po Polsku, żeby mi dali spokój. Mój ton, fakt, że jestem dość wysoki oraz to, że jestem obcokrajowcem podziałały I trochę się ode mnie oddalili choć ciągle jeszcze próbowali mnie chwycić to za rękę to za koszulkę. Opędzałem się dość skutecznie. Hoeteck miał trochę ciężej. Przedewszystkim nie od razu zaczął stawiać opór a poza tym jest mniejszy I wygląda na miejscowego. Mówił mi potem, że przez chwilę bawiła go ta sytuacja więc nie protestował. Potem zaczęły go boleć ręce bo na prawdę zaczęto go rozrywać. Póścili go dopiero, gdy krzyknął dość głośno. Co krzyknął nie wiem. Wskoczyliśmy potem do tego autobusu, którym od początku planowaliśmy jechać. Autobus już ruszał I wskoczyliśmy w biegu. W sumie poniekąd mieliśmy szczęście bo czsami ponoć czeka się nawet do godziny zanim autobus się wypełni a myśmy nie czekali ani trochę. Hoeteck miał potem czerwone przedramiona ale to też szybko zniknęło. Muszę chyba znowu zacząć chodzić z kijem. Nie lubię jak się mnie łapie I ciągnie a taki kij zawsze dodaje trochę autorytetu. W Ekwadorze miałem nawyk chodzenia z kijem. Niby to służył mi jako laska ale również dodawał mi trochę pewności siebie. Tutaj nie sądziłem, że będę czegoś takiego potrzebował bo na ulicach wydaje się być bardzo bezpiecznie. Teraz widzę, że mogę potrzebować wsparcia w obronie przed miejscowymi przejawami kapitalizmu.

Wizyta w Chengdu była udana. Włóczyliśmy się z Hoeteckiem po wąskich zaułkach I szukaliśmy ciekawego jedzenia. Poza tym poszliśmy do Traffic Hotel, gdzie zapoznałem się z ofertami biur podróży oferującymi wycieczki do Tybetu. Wygląda na to, że mogę pojechać z wycieczką a potem zostać w Tybecie jeszcze na kilka dni. Jedno z biur zaoferowało się nawet kupić mi bilet prosto z Tybetu do Pekinu. Bardzo mi się ten pomysł podoba.



©Copyright 2001-2008 by Krzysztof Gajos Powered By Apache Powered By GNU/Linux Best viewed with ANY browser Ta strona jest osiagalna po polsku