Xindu, 15 lipca, 1999Czwartek |
|
23:45 Obawiam się, że w tej chwili łatwiej mi się pisze po angielsku niż po polsku. I to nie tylko z powodu niewygodnej klawiatury. Po prostu brakuje mi wprawy. Wszystko, co piszę po polsku wydaje mi się bardzo toporne. Nie poradzę na to w żaden inny sposób jak tyko przez praktykę. Dzisiaj w końcu przestało padać. Miejmy nadzieję, że to już koniec brzydkiej pogody a nie tylko przerwa aby ulewa mogła zebrać nowe siły. W tej chwili są u nas Bikui i jego brat. Z tego, co zrozumiałem, brat Bikui mieszka (i studiuje?) w tych okolicach. Tutaj się wychowali i dopiero kilka lat temu Bikui dostał się na uniwersytet w Pekinie a jego ojciec, lekarz wojskowy, również został przeniesiony do Pekinu. Poniekąd są więc u siebie. Przyjechali nas, a raczej Xiang Xian, odwiedzić. Wszyscy (czyli obaj bracia, X.X. oraz Hoeteck) siedzą teraz w salonie i rozmawiają od czasu do czasu wybuchając głośnym śmiechem. Mógłbym wprawdzie próbowac coś wtrącić po Angielsku aby utrzymać pozory, że jakoś w tej rozmowie uczestniczę ale, po pierwsze, Bikui i X.X. znają się jak łyse konie i mają sobie dużo do powiedzenia. Ja mógłbym jedynie wtrącić jakieś banały. Po drugie jestem już troche zbyt zmęczony, bo późna to już pora, aby uczestniczyć w rozmowie, na której mi tak na prawdę nie zależy. Jest to w sumie pierwszy raz, kiedy czuję się zupełnie wyobcowany z rozmowy. Zazwyczaj, gdy spotykamy nowych ludzi to i oni starają się wrzucić coś po angielsku i ja staram się od czasu do czasu zadać jakieś pytania bądź bezpośrednio bądź też przez X.X. lub Hoetecka. Oni z kolei od czasu do czasu zdają mi krótkie sprawozdanie z tego, do kąt zabrnęła rozmowa. Sytuacja dzisiejsza jest więc wyjątkowa. Nie widzę oczywiście sensu w tym, żeby towarzystwo przerzuciło się na angielski a jednak czuję się nieswojo. Póżno już i chciałbym pójść spać ale jest na to w domu za głośno. Znowu powraca to samo uczucie, które niejednokrotnie, w dużo większym jednak stopniu, towarzyszyło mi w Atlantic College i na MIT. Uczucie, czy raczej świadomość, że nie mam schronienia, że nie mam gdzie się skryć, że nie ja decyduję o tym, co się ze mną dzieje. Hmmm, takie uczucie towarzyszy pewnie wielu ludziom na świecie ale mi i tak to przeszkadza. O, czyżby właśnie wyszli? * * * Dzisiaj podczas kolacji w szkolnej stołówce, zobaczyłem jak w kuchni po rurze na wodomierz zlazł szczur. Zacząłem pokazywać na niego palcem wszystkim, którzy siedzieli przy moim stole czli X.X., Hoeteckowi oraz dwójce Kanadyjczyków. Kucharze też dojżeli szczura (może zwrócili uwage na moją nagle podnieconą gestykulację a może zobaczyli go bez mojej pomocy). Jeden z nich przerwał więc posiłek i odszedł od reszty. Wziął skądś wielką chochlę i zaczął skradać się w stronę wodomierza. Gdy się zamachnął, szczur zaczął uciekać. Mógł uciekać tylko w doł, a więc do zlewu. Widziałęm potem jeszcze jak kucharz walił chochlą w pogoni za szczurem. Chyba udało mu się go dostać kilka razy. Szegułów nie znam bo i kucharz i szczur skryli się za filarem. Dopiero po chwili kucharz z chochlą znowu pojawił się na widoku a inny poszedł w stronę zlewu, może po to, żeby wyrzucić szczurze zwłoki a może żeby lepiej przyjrzeć się jakiejś tajemniczej dziurze, przez którą udało się szczurowi uciec. Jedno, czego nie udało mi się ustalić to to, czy po tej walce chochla została umyta, czy też po prostu odwieszona na miejsce… Specjalnie, muszę przyznać, ta historia mną nie wstrząsnęła. Chyba już się trochę przyzwyczaiłem do różnych rzeczy. Przed chwilą znowu zaczęło padać: a niech to diabli wezmą. Zerwałem się więc by ratować pranie, które pół godziny wcześniej rozwiesiłem na dworze. Wtedy okazało się, że w domu już ciemno bo goście już poszli, a drzwi na podwórko zaryglowane od śrou stdka (nie wspomniałem, ze na podwórku stoi u nas mały domek, w którym mieszczą się: pralnia, łazienka oraz mały pokój; w tym pokoju właśnie siedzę dla uniknięcia zgiełku panującego w mieszkaniu). Zacząłem się dobijać. Po jakimś czasie przyszła Xiang Xian i mnie wpuściła. Czyżby myśleli, że już śpię? |
